Blog > Komentarze do wpisu
Kot mojej koleżanki
Możnaby pomyśleć, że Kot Mojej Koleżanki jest zwyczajnym kotem. Pręgowany dachowiec, duży kocur o nastroszonych wąsach i pogardliwym wyrazie twarzy. Nikt nie przypuszcza jednak, że w owym puchatym tygrysku drzemie BESTIA. Bandyta, wyjęty spod prawa złoczyńca. Tak dalece wyjęty spod prawa, że moja koleżanka, która jest osobą normalną i nie zlecałaby chirurgicznego usunięcia zwierzęciu pazurów* w obronie sofy albo dywanu (ludzie naprawdę to robią) z bólem serca i łzą w oku jednak go tej operacji poddała. Dlaczego?
Kotek nie należy do pieszczochów. To delikatnie powiedziane, bowiem w rzeczywistości jedyną osobą, która w ogóle może go dotknąć, jest Moja Koleżanka. Nawet jej mąż (mieszkający z kotkiem od kiedy przynieśli go jako małe kociątko) nie ma prawa pogłaskać futra, nie narażając się na oberwanie szybką jak błyskawica łapą. W związku z czym go nie głaszcze. Nikt go nie głaszcze, tylko pańcia, do której kotek się mrucząc przytula. Jak ma ochotę.
Kiedyś przyszedł do nich znajomy. Jak każdy gość, który pierwszy raz przestąpił ich progi, natychmiast został ostrzeżony, że jakakolwiek próba kontaktu fizycznego z futrzakiem jest absolutnie niewskazana. Gość ostrzeżenia zlekceważył, twierdząc, że zna się na kotach, one go bardzo lubią i z tym egzemplarzem też na pewno się zaprzyjaźni. Mówiąc to delikatnie gładził atłasowe futerko. Potwór zdawał się potwierdzać jego słowa. Siedział grzecznie na krześle, nie mruczał co prawda, ale też nie prychał i nie usiłował pacnąć łapą. Domownicy w napięciu wstrzymywali oddech, zwierz siedział, facet go głaskał, nic się nie działo... 
Aż tu nagle kot jak sprężyna wyskoczył prosto do góry i zanim ktokolwiek zdążył pomyśleć, wbił wszystkie dziesięć przednich pazurów w czoło znawcy zwierząt. Opadając następnie siłami grawitacji przeorał mu twarz z góry na dół tworząc dziesięć krwawiących ran. Facet, znacząc szlak krwią, pognał do łazienki w której po chwili wyglądało jak w rzeźni. Zawieziono go czym prędzej na pogotowie, żeby założyć szwy.  
No i jak mojej koleżance miał się urodzić synek, to rada nie rada, odpazurowała kota, którego do dzisiaj nikt poza nią nie ma prawa dotykać. Albowiem zostały mu jeszcze zęby. 
 

*Drakońska ta procedura przeprowadzana pod pełną narkozą polega na usunięciu tych kawałków kocich palców z których wyrastają pazury. Tak zoperowanemu kotu nigdy już pazury nie odrosną. 


środa, 25 kwietnia 2012, haneczka14

Polecane wpisy

  • Osobnik o Bardzo Małych Uszach

    Na drzwiach wejściowych do Szkoły Tanga Argentyńskiego wisi zdjęcie osobnika o Bardzo Małych Uszach wraz z informacją, że jest ekstremalnie szybki, i związaną z

  • Po prostu koci świat

    0 false 18 pt 18 pt 0 0 false false false /* Style Definitions */table.MsoNormalTable {mso-style-name:"Table Normal";

  • Dzikie gęsi

    0 false 18 pt 18 pt 0 0 false false false /* Style Definitions */table.MsoNormalTable {mso-style-name:"Table Normal";

Komentarze
2012/04/25 20:09:18
Straszne! Na szczęście u nas wystarczy przycinanie pazurów od czasu do czasu, poza tym Kierownik to jednak sama słodycz...
-
2012/04/25 23:33:59
U zdecydowanej większości Kierownictwa przycinanie pazurów zupełnie wystarcza (a u tej spędzającej dużo czasu poza domem części Managerów nawet to nie jest konieczne). Opisany tu despota jest jedynym osobnikiem o jakim słyszałam, w przypadku którego ta "kosmetyka" ma jakiekolwiek uzasadnienie.
-
Gość: bio, *.gemini.net.pl
2012/04/27 23:59:34
Moje waleczne 3 kg ugryzło mnie kiedyś w nos w rewanżu za pieszczoty. Krew, ból, do dziś mam czerwony jak pijak. A kocica mieszka ze mną od 2 miesiąca życia, w tym roku minie 16. Usunięcie pazurów brrrr, ale rozumiem, że alternatywą była śmierć lub azyl.
-
2012/04/28 05:36:10
Dokładnia tak. Został w przyjaznym domu za cenę pazurów.
A uprzedziła na pół sekundy przed atakiem, czy jak kamikadze, uderzyła zupełnie niespodziewanie?
-
Gość: bio, *.gemini.net.pl
2012/04/28 14:23:12
Leżała brzuszkiem do góry na moim łokciu, głaskana, mrucząca, zadowolona. Twarz miałem blisko, normalne kocie pieszczoty i nic się nie działo poza tym jednym razem.
Nagle wbiła zęby w mój nos. Odruchowo szarpnąłem do tyłu orając kocimi zębami w skórze.Mam wrażenie, że potraktowała to jak rodzaj zalotów, albo coś ją zabolało.

Dzikie geny powodują, że o weterynarzu mogę zapomnieć. Maleństwo zamienia się w rozjuszoną kobrę, atakuje wszystkich, nawet mnie. Dostaje amoku, duszności, dopiero w domu uspokaja się. Weterynarz stawiał diagnozę (wypryski na brzuchu) ze zdjęć posłanych e-mailem. :) To samo dzieje się po sprowadzeniu innego kota: walczy na śmierć, wyrywając futro, wrzeszcząc o 3 w nocy itp., musiałem zrezygnować.
Jest uparta, rozpieszczona, robi co chce, ale jest bardzo związana ze mną emocjonalnie. Ma dużą empatię, ostro skarcona i bojkotowana potrafi się rozchorować.
-
2012/04/29 19:30:57
A no tak. Moje poprzednie, dzikie, koty chwytały zębami za dłonie. Jeśli się nie próbowało ich wyrywać, to poza znikającymi po kilku godzinach wgłębieniami, nic się nie działo. Ale nie daj boziu szarpnąć - skutkiem były krwawiące szramy. Rozumiem, że trudno odruchowo nie ewakuować nosa...